• ul. J. Długosza 7, 27-600 Sandomierz
  • (15) 832-52-45

Przeminęło z Edelmanem

Wszystkie informacje o naszej szkole

Spójnia, listopad 2009

Od kilku dni usiłuję dowiedzieć się o tej znaczącej osobie czegoś, co pomogłoby mi rozwinąć moją myśl. Przeczytałam już kilka artykułów w dobrych gazetach i sięgnęłam do źródeł internetowych. Nie znalazłam jednak nic poza suchą wiedzą lub osobistymi przemyśleniami, które mnie nie dotyczą, bynajmniej.

Marek Edelman był Polakiem żydowskiego pochodzenia, pracował jako lekarz kardiolog. Miejsce i data urodzenia nie są pewne, przyznam szczerze, zaskoczyło mnie to. Śmierć jest dokładnie podana. Kiedy był dzieckiem, rozpoczął dorosłe życie, działając w różnych organizacjach. Po śmierci matki jako nastolatek zarabiał sam na swoje utrzymanie. Jest to dla mnie trudne, bo nie potrafię sobie wyobrazić siebie tak odpowiedzialnej. Kto wie, być może zaniżam swoje możliwości, ale z pewnością nie odnalazłabym się w trudnej sytuacji tak szybko, o ile w ogóle by mi się to udało. W okresie II wojny światowej był członkiem "Bundu" - Powszechnego Żydowskiego Związku Robotniczego. Następnie jako współzałożyciel Żydowskiej Organizacji Bojowej brał udział w powstaniu w getcie warszawskim, aby po śmierci przywódcy, przejąć jego obowiązki. Po wojnie ukończył studia medyczne i rozpoczął ratowanie ludzkich serc. Dlaczego spotkał się z tak wielkim uznaniem, a jego nazwisko jest ogólnie rozpoznawalne? Przeżył najtrudniejszy okres w dziejach Polski, nie poddał się i resztę swojego życia, nawet prywatnego, poświęcił pracy. Zawsze odważny i śmiało wyrażający swoje opinie, pozostał w kraju, o którego wolność walczył, pomimo konfliktu polsko-żydowskiego. W moim najbliższym otoczeniu Żydzi nie są lubiani. Zresztą tak jak w wielu polskich rodzinach, dziadkowie mają do nich ogromny żal. Uważają ich za złodziei, którzy żerowali na cudzych majątkach. Umiejętność jaką posiedli ludzie pochodzenia żydowskiego to znakomita zdolność do handlowania. Szczerze, nie potrafię tego zrozumieć, chociaż tłumaczono mi na wiele sposobów. Nie oceniam ludzi za to, co robią, bo potrafią robić to najlepiej. W zupełnie innym świetle widzę położenie moje jako Polki i ich - Żydów. Nie znam nikogo, kto miałby korzenie żydowskie i są oni dla mnie tak samo obcy jak Czesi czy Hiszpanie. Naród jeden spośród wielu. Wiem, że byli głównym celem terroru II wojny światowej, a nasze położenie oceniali różnie. W każdej sytuacji znajdą się działający na korzyść i niekorzyść. Tak samo było z Polakami. Jedni pomagali i narażali własne życie, aby chronić Żydów, inni donosili na nich dla pieniędzy. Nie jestem w stanie powiedzieć, których było więcej. Dla mnie, młodej dziewczyny, stereotypem jest oskarżanie nas - Polaków o to, że wielu ludzi pochodzenia żydowskiego poniosło śmierć na naszych ziemiach. Tak samo, jak dla młodych Żydów. Odbiegłam nieco od tematu, który miał być przewodnim.

Niedawno obchodziliśmy kolejną rocznicę wybuchu II wojny światowej. To już siedemdziesiąta. Jak wielu pozostało tych, którzy potrafią nam coś opowiedzieć o tamtych czasach? Pomijam jednostki, urodzone podczas trwania światowego konfliktu, bo co one mają do powiedzenia? Niestety nic. Nie pamiętam ani jednej chwili ze swoich pierwszych urodzin, drugich również nie. Nawet dziesięciolatek nie do końca rozumie, co dzieje się wokół niego. Ma swój własny tok rozumowania, który odbiega od pojmowania świata przez dorosłego lub chociażby człowieka młodego. Jak ciężkie życie było wtedy, nie mieści mi się w głowie i chociaż staram się być wdzięczna za to, że mogę żyć w wolnym kraju i spokojnie spacerować po ulicach mojego miasta, nie jestem pewna, czy potrafię to szczerze uszanować. Oglądając w telewizji różnego rodzaju dokumenty, relacje z obchodów tejże rocznicy w przykładowej Warszawie, widzę ludzi, którzy nie są w stanie sami podejść po kolejne odznaczenie. Choćby tylko na ekranie, staram się wyczytać spomiędzy zmarszczek na ich twarzach coś ważnego, coś, co pomogłoby mi lepiej zrozumieć cały ten patriotyzm. Widzę przecież znaczek w prawym górnym rogu "Na żywo". Wiem, że mogłabym stać właśnie na miejscu jednego z widzów, zamiast leżeć na kanapie i nie doceniać kolejnej minuty swojego życia. Moje dziecko, jeżeli ich zobaczy, przeczyta "Powtórka programu", jeżeli w ogóle takowa będzie. Nie poczuje tej drobnej więzi, która za każdym razem powoduje, że zamiast niechlujnie leżeć, siadam i pozostaję tak do końca transmisji. Ona mnie podnosi. Razem ze śmiercią ludzi, jak pochodnie gasną szanse na odnalezienie szacunku do tego, co mamy. Gaśnie ogień, który zapalili wraz z upływem roku 1945. Wszystko to dostaliśmy w prezencie, ale czy zasłużyliśmy na to?

Małgorzata Ka