• ul. J. Długosza 7, 27-600 Sandomierz
  • (15) 832-52-45

Premiera stadionu bez goli

Wszystkie informacje o naszej szkole

Spójnia, listopad 2009

W dość niesprzyjających warunkach atmosferycznych odbyła się uroczystość otwarcia nowo wybudowanego stadionu sportowego w Sandomierzu. Wielu mieszkańców wyczekiwało na ten moment, ponieważ było to bardzo ważne wydarzenie w dziejach miasta. Obiekt mogący pomieścić około 2,5 tys. widzów przeznaczony został głównie na mecze miejscowej Wisły Sandomierz, jednak pełni on również funkcje stadionu lekkoatletycznego. O godzinie trzynastej rozpoczęła się ceremonia inauguracji, po której miało się odbyć spotkanie towarzyskie reprezentacji do lat dwudziestu trzech Polski i Portugalii. Miała ona charakter podniosły ze względu na powagę chwili, choć atmosferę wyraźnie rozluźniły liczne lapsusy językowe burmistrza Jerzego Borowskiego. Gośćmi honorowymi byli: ks. biskup Krzysztof Nitkiewicz, który pobłogosławił plac rozgrywania imprez sportowych, przedstawiciele Polskiego Związku Piłki Nożnej: sekretarz związku pan Romuald Jankowiak oraz panowie Jerzy Engel i legenda Polskiej piłki lat siedemdziesiątych Andrzej Szarmach. Po wystąpieniach prominentnych osobistości przyszedł czas na aspekt sportowy widowiska. Na rozgrzewkę wybiegli reprezentanci Polski i Portugalii U-23. Oprawie widowiska towarzyszył występ Miejskiej Młodzieżowej Orkiestry Dętej w Sandomierzu, pod dyrygenturą kapelmistrza Mieczysława Jakubowskiego. Po zakończeniu rozgrzewki, dokładnie o godzinie 14:03, obie jedenastki wybiegły na grząską z powodu obfitych opadów deszczu murawę stadionu przy ul. Koseły 3a.

Sandomierscy orkiestranci odegrali hymny narodowe obydwu państw, po czym sędzia Hubert Siejewicz zagwizdał po raz pierwszy. Pierwsze fragmenty gry wskazywały na przewagę Polaków. Szybkie rajdy naszych skrzydłowych: Adriana Mierzejewskiego oraz Łukasza Janoszki ożywiły początek pojedynku, jednak były to dobre złego początki. Na grząskiej i śliskiej murawie, podczas padającego deszczu, na początku lepiej radzili sobie piłkarze portugalscy, którzy przeprowadzili kilka groźnych ataków - strzały Vitorina Antunesa i Vitora Silvo, jednak bramkarz Odry Wodzisław, Adam Stachowiak był tego popołudnia niesamowity.

Polakom w ataku brakowało przede wszystkim dokładności w ostatnich podaniach, a nieliczne strzały mijały bramkę rywali. W pierwszej połowie jedyną akcją godną odnotowania było uderzenie Adriana Mierzejewskiego z 30 metrów, po którym piłka przeszła centymetry obok słupka. W końcu kibice doczekali się emocji, bowiem najpierw Piotr Ćwielong strzelał z 30 metrów, później bramkarz portugalski z trudem wybił piłkę za boisko po próbie Łukasza Janoszki. Najlepszą okazję do strzelenia gola Polacy mieli po podyktowaniu przez sędziego rzutu wolnego pośredniego z pięciu metrów od bramki gości. Portugalscy obrońcy w jedenastu "zamurowali" swoją bramkę. Skutecznie.

Rywale Polaków także nie popisywali się skutecznością. Ricardo Vaz Te nie trafił z dziesięciu metrów do pustej bramki, a po strzale Nuno Coelno polski bramkarz skutecznie interweniował nie po raz pierwszy w tym meczu. Każdy kibic zasiadający na trybunach podczas tego spotkania liczył na gorące okrzyki dopingujące polską kadrę. Niestety, w dwudziestej minucie gry do uszu widzów zamiast Polska biało-czerwoni trafiało m.in. PZPN, PZPN je..ć PZPN. Mimo upomnień ze strony spikera (był nim komentator TVP 2 Tomasz Jasina), kibice dalej krzyczeli. Sędzia dwukrotnie przerywał grę, by przekazać organizatorom polecenie zaprzestania wulgarnych okrzyków. Dopiero interwencja służb ochrony oraz wizyta kapitana polskiej reprezentacji, Mateusza Kowalskiego na trybunie, poskutkowały. Do przerwy na tablicy widniał wynik bezbramkowy. Po zmianie stron to goście zaczęli przeważać. Gra była twarda, toporna, lecz momentami można się było doszukać efektownych, technicznych zagrań ze strony Portugalczyków. Obrona Polaków raczej nie zawodziła. W środku obrony, Kowalski i Fojut skutecznie główkowali rozbijając ataki przyjezdnych. W drugiej linii Radosław Majewski (Nottingham Forest FC) oraz Cezary Wilk (Korona Kielce) skupiali się bardziej na destrukcji niż na kreowaniu gry w środku pola. Napastnicy - Adrian Paluchowski i Piotr Ćwielong (odpowiednio Legia i Wisła) mieli sporo okazji, byli aktywni, ale nic z tego nie wynikło. Kibice w końcu wznieśli okrzyki dopingujące naszych. Było prawie jak w Chorzowie.

Mecz bez goli, jednak mógł się podobać. Żywe widowisko, aktywna, ofiarna gra z obu stron. Ocena? Mocne 4. Teraz czekamy na więcej spotkań na poziomie międzynarodowym, bo skoro są (nareszcie) warunki, to należy je w pełni wykorzystać.

PG